czwartek, 2 listopada 2017

Donnie Darko albo rozmyślania o czasie (2)

Zwykliśmy myśleć o przestrzeni i czasie jako dwóch w gruncie rzeczy odrębnych zjawiskach. Jeśli przestrzeń wyobrażamy sobie jako pewną daną płaszczyznę, to czas zazwyczaj obrazujemy za pomocą linii, co ma przedstawiać ciągłość temporalną.
O tym, że tkwimy po uszy w pojęciach i mylnych sądach, już mówiłem. Może jest tak i w tym wypadku?
Możemy równie dobrze przedstawić sobie przestrzeń jako linię, po której się poruszamy. Linia rozciąga się nad przepaścią, w której nic nie ma, a my balansujemy wysoko na cienkich promieniach naszych zmysłów. Istnienie byłoby więc domeną wyłącznie epistemologii, nie zaś ontologii. Czy budziliście się kiedyś ze snu obolali? A widzenie lub odczuwanie zjawisk, osób, rzeczy, których nie dostrzegają inni? Zmysły pozwalają się oszukiwać. Może są oszukiwane nieustannie, a to, co mienimy rzeczywistością, wcale nie stanowi rzeczy-w-istości?
Ale to pogląd radykalny, negujący istnienie świata. Moim zdaniem świat jednak istnieje, istnieję ja, inni ludzie, surykatki, piołun, grzmot.
Chciałem powiedzieć o czymś innym. Wyobraźmy sobie, że przestrzeń jest istotnie płaszczyzną. Niech będzie to rozlane w eterze koło, albo kwadrat, kto co woli.
Gdzie w tej wizji jest miejsce dla czasu? "Czas" nie jest żadną linią, żadną taśmą. "Czas" jest grubym mchem od spodu i refleksem świetlnym w górę. "Czas" jest zrośnięty z płaszczyzną, każdy element przestrzeni dźwiga ciężar minionego i tego, co ma nadejść. "Czas" jest więc w istocie niczym innym, jak przestrzenią, jej przedłużeniem. To, co było, nie istnieje tylko w naszej pamięci: żyje i porusza się, tyle że z dala od ludzkiej percepcji, tak jak z dala od naszej zwykłej percepcji są dżdżownice ryjące ziemię pod naszymi stopami i efekty kosmiczne nad naszymi głowami.
To wyjaśniałoby szereg  zjawisk natury paranormalnej, relacje o duchach, pterodaktylach i flesze z przyszłości.

wtorek, 19 września 2017

Rzeczy. O pewnej kobiecie z AK



Tę starowinkę znałem tylko z widzenia. Myślę zresztą, że większość ludzi z Lipowej i okolic znała ją właśnie stąd. Trudno było jej nie widywać, jeśli mieszkało się tutaj i korzystało ze śmietnika, w którym babina uwielbiała grzebać z pilnością godną lepszej sprawy. Wystarczyło zresztą przejść się przez betonowy, popękany, zalany słońcem plac parkingowy, będący jej prywatnym Jedwabnym Szlakiem. Sunęła po nim jak widmo o szarych sznurowadłach włosów, człapiąc laczkami, w jedną stronę z pustymi, z powrotem z pełnymi śmieci rękoma. W odpadach jej uwagę przykuwały najrozmaitsze przedmioty, przy czym wydawała się nie kierować żadnymi wytycznymi. Ot, brała, co wpadło jej w oko. Od zdezelowanych krzeseł, brudnych i podartych narzut czy ubrań, po słoiki, kartony, pręty, butelki, puszki, czasopisma.
Wielokrotnie zastanawiałem się nad jej preferencjami. Szukałem w jej praktyce jakiegoś systemu, czegoś, co powiedziałoby mi o niej coś więcej. Wiem, że miała dom, bo znikała w drzwiach jednego z przyzwoitszych, ładniejszych bloków w okolicy. Niektóre przedmioty wnosiła tam ze sobą, większość jednak składała pod krzakami dzielącymi trawnik od parkingu. Z daleka wyglądało to jak obozowisko bezdomnego. Ona zaś często doglądała tych śmieci, już to przemieszczając pewne elementy, już to dorzucając do nich coś nowego. O czym myślałem, obserwując nabożność, z jaką przyglądała się swojej kolekcji? Myślałem o sobie dokonującym z mieszaniną dumy i krytykanctwa przeglądu własnych tekstów. Myślałem o mojej matce, przechadzającej się po ogrodzie pełnym kwiatów, krzewów i drzewek, które samodzielnie posadziła na przestrzeni lat. O ojcu, z źdźbłem w zębach oceniającym swoje dojrzewające zboża. O bracie, mówiącym o przepracowanych godzinach i zarobionych pieniądzach, czym zawsze mi imponował.
A może jej oko było okiem artystki, starannie dobierającej kolory z dostępnej palety barw, ostrożnie nanoszącej farby na płótno? Może okiem kobiety szczególnie dbającej o prezencję, godzinami szukającej w Zarze ubrań dla niej idealnych? Może okiem poety, odrzucającego metaforę za metaforą, by wreszcie znaleźć tę najlepszą dla wyrażenia myśli?
Społeczność Aleksandrowa po większości chyba zaakceptowała zwyczaje kolekcjonerki. Widziałem ją nawet rozmawiającą z jakąś kobietą, co więcej, pewnego razu zagadnęła przyjaźnie psa, którego wyprowadziłem na spacer, a który popędził za róg śmietnika. Nie pamiętam, co mówiła, ale brzmiało to całkiem normalnie. Oczywiście nie mam pojęcia, jak wyglądają jej stosunki z bliskimi sąsiadami. Bardzo prawdopodobne, że nie w smak im działalność kobieciny. I trudno mieć do nich pretensje, jeśli z mieszkania starszej pani dolatuje fetor albo istnieje ryzyko rozplenienia się robactwa.
Od zawsze dręczy mnie obawa o to, co w dalekiej przyszłości stanie się z domem moich rodziców. Co stanie się z ogrodem mojej matki, z polami mojego ojca i budynkami, które wzniósł własnymi ramionami i kręgosłupem. Co ze wspomnieniami zaczarowanymi w tych miejscach. Martwi mnie to wszystko i boli. Niedawno doszło do moich zmartwień jeszcze jedno. Co stanie się z rzeczami tej staruszki, kiedy umrze? Czy na powrót staną się śmieciami, czy zostanie im odebrana tożsamość nadana przez kobietę? Czy znów przestaną być ważne, przestaną się liczyć, jak pluszaki zaległe w pokoju dojrzałego dziecka?
Przecież nie poradzą sobie bez niej. Umrą.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Apoteoza prostoty

Kocham proste życie. Rozpływam się, mogąc oglądać z moją Połówką (czy raczej Trzyczwartką) filmy, jeździć do galerii na zakupy, spacerować, wyprowadzać psa, odwiedzać rodzinę czy przyjaciół. Te momenty są piękne i wzruszające. Zwłaszcza że stosunkowo rzadkie.
Jednym z moich największych psychicznych rozdarć jest to między tęsknotą za życiem prostym i spokojnym - rodzina, dzieci, banalne zajęcia i marzenia co najwyżej o nowym aucie lub głośnikach - a potężnym popędem ku doskonałości i wielkim sprawom, którym muszę się oddawać. Jeśli praca, to przez wielkie P, jeśli nauka, to przez wielkie N, jeśli literatura, to przez wielkie L. Te ambicje owocują, ale owoce mają to do siebie, że nie zaspokajają zbytnio głodu. Po zrobieniu czegokolwiek muszę, nie oglądając się za siebie, przeć dalej. I na tym cierpi moja januszowa strona, bo sprowadzanie umysłu na ziemię przychodzi mi z trudem.
Stąd moja apoteoza prostoty. Myślę często o takim prostym życiu, o niezabieraniu roboty do domu, o nieprzejmowaniu się rzeczami z kosmosu, o byciu po prostu dobrym pracownikiem, mężem, ojcem, synem. Ciepło myślę o ludziach, którzy egzystują w ten sposób. Oczywiście mają swoje problemy, jak każdy, i zdaję sobie sprawę, że ich życie to nie Hobbiton, ptaszki i fajerwerki Gandalfa. Ale przyznaję: czuję dziwną, wzruszającą więź łączącą mnie z nimi. Jakbym nie do końca należał do świata nauki i sztuki, który tak mnie pochłonął. Może kiedy byłem zanurzany w źródle Hippokrene trzymano mnie za piętę?

sobota, 22 lipca 2017

"Gdy niewidomy płacze..."

Dziś na spacerze z psem, widząc, jak kręci się w kółko i węszy z niezwykłym podnieceniem, doznałem olśnienia. Zapewne przeskokowi iskry sprzyjało również przedwczorajsze (w wieczór newsa o śmierci Chestera) obejrzenie "Zapachu kobiety". Iskra była na tyle silna, że po powrocie do mieszkania i rozkulbaczeniu psa napisałem wiersz, pierwszy po prawie dwumiesięcznym okresie twórczej remisji.
Obserwując zwierzaka i jego miotanie się na lewo i prawo za zapachem, poczułem i zarazem pojąłem, jak to jest być niewidomym. Wonie muskają twój zmysł węchu jak unoszące się w pokoju nitki kociej sierści. Fruwają w powietrzu niby motyle czy ważki, albo nasiona dmuchawca; przelatują koło ciebie, skupiają się na chwilę, po czym rozpływają i nikną - a ty gonisz za nimi, próbując zinterpretować, aby móc stwierdzić, czym jest źródło zapachu oraz jakie jest jego położenie.
Jak ten pies.
Nie zrozumcie mnie źle: na pewno nie chciałbym stracić wzroku ani też nie bagatelizuję tragedii osób niewidomych, przeciwnie: współczuję im niezmiernie, sam, wręcz chorobliwie, kocham poić oczy pięknem świata. Ale dziś przyszło mi do głowy, że my widzący naprawdę wiele tracimy z otaczającej nas rzeczywistości. To tracenie jest naturalną koleją rzeczy: mając pewne zdolności (zmysły) prymarne i na nich opierając naszą percepcję, nie korzystamy zbytnio z sekundarnych. Z tym że gdybyśmy z jakiegoś powodu przestali widzieć, wątpliwe, czy potrafilibyśmy się cieszyć doznaniami, które dziś wydały mi się tak cudowne i godne spróbowania. Spróbowania - nawet jeśli sąsiedzi mieliby dziwnie patrzeć na dorosłego mężczyznę, który z zamkniętymi oczyma węszy, kręcąc się w kółko.

poniedziałek, 3 lipca 2017

a dziwne marzenia goreją jak słońca

Po pokryciu twojej ulubionej drogi asfaltem już nigdy nie zagłębisz podeszwy w jej ciepłym, mącznym piasku. Już nigdy auta nie będą jeździć tędy tak wolno i cicho. Wszystko przyspieszy; nawet nie będziesz w stanie rozkoszować się pięknem horyzontów, skupiony na tym, żeby nie zostać rozjechanym.
A psy? Pół biedy, jeśli tylko szczekają na ciebie, gdy idziesz; najgorsze są te wieszane, czy może wieszające się, na tobie.
Nawet nie potrafisz podziwiać piękna iście Verlaine'owskich zachodów słońca, czy światła księżyca, który "smuci się", gdy "we łzach serafiny ze smyczkiem w palcach w oparach doliny cienistej snują z wiol nutę ściszoną". Świat niknie przed tobą w wielkiej, niedomytej cipie, w wargach sromowych wykrzywionych drwiąco.
A ty jesteś w stanie pukać tylko ten cholerny asfalt, w nadziei, że twoja droga jeszcze jest tam, słyszy.

środa, 24 maja 2017

W pogoni za chmielem



Argus porter mocny 0/10
Fasberg 0/10
VIP 0/10
Halne 1/10
Sarmackie Mocne 2/10
Van Horn 2/10
Fasberg Tequilla 2/10
Tyskie 3/10
Ciechan wyborne eksportowe 3/10
Żywiec 4/10
Żywiec Szampańskie 4/10
Tekiza 4/10
Okocim klasyczna pszenica 4/10
Stern 4/10
Okocim 5/10
Kasztelan 6/10
Grolsch 6/10
Carlsberg 6/10
Dębowe Mocne 6/10
Alcoholica 6/10
Żywiec APA 6/10
Perła Chmielowa 6/10
PILSTOLET 7/10
Okocim Mocne Dubeltowe 7/10
Leffe Royale 8/10
Żywiec porter 8/10
Okocim mistrzowski porter 8/10
Pedavena Birra Dolomiti Doppio Malto 8/10
Apollo 12 9/10

piątek, 14 kwietnia 2017

O sztuce słowa: manifest poetycki


Kompozytor ma do dyspozycji instrumenty i dźwięki.
Malarz – pędzle i farby.
Poeta – znaczenia i ich brzmienia.

Wybór znaczenia determinuje A) brzmienia w sensie makro i B) brzmienia w sensie mikro.
Ad. A) Np. poezja polityczno-propagandowa może, wyłączywszy rytm i rym dyktowane celem trafienia do mas, całkowicie ignorować makrobrzmienia lub postawić na ostrość, rwanie, skandowanie, podczas gdy poezja nastrojowa będzie operowała raczej łagodnymi tonami, melodyjnością, delikatnością fraz itp.
Ad. B) Chodzi o bardzo wysublimowany dobór słów ze względu na dźwiękowe walory. Należy przy tym pamiętać, że tradycyjny podział na sylaby jest w tym wypadku zwodniczy i niewystarczający, por. płomień : obrzęk; bezsenny : niezgodny, gdzie drugi z dwóch równozgłoskowych wyrazów nie płynie swobodnie jak pierwszy, ale jest poddawany swoistemu „hamowaniu pulsacyjnemu” – co wynika z rodzaju występujących w słowie głosek.

Oczywiście możliwa jest poezja, w której brzmienia grają rolę pierwszorzędną, a znaczenia – pomniejszą lub żadną. Desemantyzacja stwarza idealne warunki do muzyczności: jeśli nie krępuje nas sens, możemy radośnie łączyć podobnie brzmiące słowa, tworzyć neologizmy, rymować bez opamiętania etc. Taka poezja jest jednak zaprzeczeniem sztuki słowa, które składa się przecież z signifie (znaczenia) w nie mniejszym stopniu niż z signifiant (formalnego wykładnika znaczenia).
Wyobraźmy sobie maskę i twarz wyrazu jako dwie strony tej samej monety. Wyobraźmy sobie, że tą monetą rzucamy. Wyrzucamy orzeł-signifie – i mamy prozę nieartystyczną oraz pisma użytkowe. Wyrzucamy reszkę-signifiant – i otrzymujemy skrajny futuryzm, dadaizm, abstrakcjonizm.
Poezja jako sztuka słowa powinna zakręcić monetą tak, by orzeł i reszka stały się jednym w migocącym tańcu; żeby żaden lub prawie żaden element wiersza nie mógł zostać zastąpiony innym bez dysonansu estetycznego lub/i kognitywnego. Nie idzie tu wyłącznie o wyrazy, ale też o suprasegmenty w rodzaju intonacji, akcentuacji, długości fraz, pauz. Dlatego też poeta w akcie twórczym musi być napięty jak struna, wyczulony na najmniejsze drgania.



Jest jednak poważny problem. Słowa to mimo wszystko tylko etykietki. Rzeczywistość istnieje mimo języka, a nawet wbrew językowi.
Czy poezja mogłaby dotknąć istoty rzeczy, prześlizgując się między wyrazami, dekomponując ich znaczenia i komponując na nowo? Czy sztuka słowa powinna przeczyć sobie samej, aby zbliżyć się do Tajemnicy? Czy poeta naturalnie wychodzący od znaczeń i szukający dla nich brzmień nie startuje z przegranej pozycji – czym bowiem jest znaczenie, jeśli nie konwencją?
Ale jeśli słowo składa się z formy planu wyrażania i formy planu treści, to czy można mówić o mylącym i niewystarczalnym charakterze semantyki z pominięciem płaszczyzny brzmieniowej, także konwencjonalnej? Jeżeli dekomponować i rekomponować, to może jednocześnie znaczenia i ich formy, obie strony medalu? Tak, to wydaje się najwłaściwsze: burzyć skamieniałe znaczenia i poszukiwać nowych, po czym znaleźć dla nich oryginalne formy wyrazu, inne, celniejsze od użytych kiedykolwiek wcześniej.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Donnie Darko albo rozmyślania o czasie

Niektóre rzeczy są dla nas oczywiste. Na przykład czas. Przyzwyczailiśmy się do niego tak bardzo, że nawet mnie trudno jest uwierzyć w coraz silniej atakującą mnie myśl, iż czas – w naszym rozumieniu, jako pewna ciągłość temporalna – nie istnieje.
Wyobrażam sobie, jak obrzucacie mnie zegarkami, kalendarzami, wyliczacie w twarz godziny, dni i lata, opowiadacie o chrzcie Polski i powstaniu warszawskim, które przecież nie zdarzyły się w tym samym momencie… No dobrze.
Ale kto wymyślił godziny, miesiące, lata? Człowiek. Przecież nie pytamy naszych psów o czas. Żaden organizm na Ziemi nie dzieli tego, co machinalnie nazywamy czasem. Żaden – poza nami, ludźmi.
Można to zobrazować w następujący sposób: mamy przed sobą ścianę, gołą, pustą ścianę. I tylko tyle możemy o niej powiedzieć; nie przychodzi nam do głowy, żeby tę ścianę dzielić i nazywać poszczególne części. Ale co się stanie, jeśli wyłożymy ową ścianę panelami? Otóż będziemy mogli liczyć równiutkie panele: pierwszą, drugą, trzecią, czwartą… I kto od tej pory pomyśli o nagim, bezbarwnym, jednorodnym kawale przestrzeni kryjącym się pod drewnem?
A przecież tak, jak był ścianą, tak jest nią i teraz, z panelami włącznie, choć to one jako pierwsze rzucają się w oczy, a w przeciwieństwie do tego, co pod nimi, są policzalne (jako dziecko bawiłem się w ich liczenie). Tak jest w moim przekonaniu z czasem: podzieliliśmy go precyzyjnie do bólu, ten podział rządzi nami, dyktuje warunki, wpędza w rozpacz i uświadamia przemijanie – ale, porzucając bezsensowną aksjologię, zastanówmy się lepiej: co tak naprawdę nazwaliśmy? Jeśli desygnat „ściany” jest tak tajemniczy i nieokreślony, a pokryty czymkolwiek nadal pozostaje ścianą, co kłębi się w najgłębszej warstwie semantycznej „czasu”, pod zwałami sekund, minut, godzin, dni, miesięcy, kwartałów i lat?
Czy to możliwe, że „czas” jest właściwie przestrzenią, a przeszłość i przyszłość to, z jakiegoś powodu [najczęściej] niewidoczne dla nas, odcinki na tej samej drodze, którą toczy się teraźniejszość? Niewidoczne dla nas… Ale przecież tak samo niewidoczne dla nas jest wszystko, co dzieje się poza naszą percepcją. W każdym „momencie” widzimy i słyszymy tylko okruch rzeczywistości. Nikt jednak, poza radykałami, nie kwestionuje istnienia świata niezależnie od naszego horyzontu zmysłowego. Może więc „momenty” minione i przyszłe także gdzieś tutaj istnieją, tyle tylko, że nie jesteśmy w stanie ich zobaczyć, bo po prostu nas tam nie ma?

Powyższe myśli to tylko szkic. Na pełne, głębokie do obłędu rozważania nie nadszedł jeszcze czas.

piątek, 31 marca 2017

O samobójstwie



Wyobraźmy sobie, że w pewnym miejscu na mapie, w ogromnej termitierze, jest sobie termit, który nie do końca nadąża za społecznością. Który nawala w obowiązkach i źle pełni powierzone mu funkcje. Którego towarzysze mają w dupie i marzą o tym, żeby zniknął z ich idealnie ustrukturyzowanego życia. Który sam zaczyna w końcu wierzyć, że to jedyne słuszne rozwiązanie.
I ten termit się zabija. I reszta termitów urządza stypę. I kiwają smutno szczękami, wzdychając: „To był dobry termit, bez wątpienia” – a potem rozchodzą się do swoich zajęć. Ich myśli o zmarłym towarzyszu podążają jego śladem w przeszłość bezpowrotnie.
Pytanie zasadnicze, które się nasuwa, brzmi: dlaczego termit chcący uwolnić społeczność od swojej toksycznej osoby odebrał sobie życie, zamiast wynieść się z nim poza termitierę, w radosne pływy lukrowanych słońcem traw? W światło, powietrze wolne od stęchłej wilgoci, wolność, wielki świat pełen innych istot, innych społeczności, innych szans?
O tym, że samobójstwo nie jest aktem odwagi, a wręcz przeciwnie – nie trzeba nikogo przekonywać, bo to oczywiste, brutalne, ale oczywiste. Natomiast wymagającą olbrzymiej odwagi i siły alternatywę stanowi autodestrukcja innego rodzaju. To zerwanie więzi, mocnej, emocjonalno-rozumowej więzi z tym, co wprawiło nas w pragnienie śmierci. Z najogólniejszego punktu widzenia przynosi to (lub nie) ten sam rezultat, co zabicie się. Jedyna zasadnicza różnica jest taka, że kiedy decydujemy się na "wygnanie", nie zyskujemy aż tyle przebaczenia i wyrozumiałości ze strony społeczeństwa. Nie chroni naszego imienia błękitna błonka, którą pokrywa się ono, gdy odkupujemy winy czy niepowodzenia życiem. O samobójcach zawsze myślimy cieplej. ("Myślimy", bo zakładam, że ludzie pozbawieni empatii nie zaglądają na mój blog, bo i nie mają po co, i tak niczego nie zrozumieją.)
Poddać się i zabić, aby nie musieć już myśleć o tym, że się zawiodło innych i siebie, jest, zupełnie obiektywnie rzecz biorąc, łatwiej. Ale jaka z tego korzyść dla biedaka, który się poddał pod naporem złego? W ostatecznym rozrachunku liczy się tylko życie, przetrwanie. Jeśli znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia myślisz o sznurze, wyjedź z miasta i rozejrzyj się szeroko, popatrz na rośliny, zwierzęta – i zrozum, że nie wszystko stracone, bo nadal możesz istnieć, jak one. Dopóki żyjesz, jest OK. Ciesz się najmniejszym wrażeniem, jakie percypujesz; nie pozwól, by jakakolwiek osoba (zwróć uwagę, że niektóre osoby w przeszłości uważane przez ciebie za najważniejsze rozpłynęły się w czasie i prawdopodobnie myślisz o nich częściej niż one o tobie) czy jakakolwiek troska złamała ci kark. Pamiętaj, że twoje bóle i smutki są w tobie, i nie warto dla nich rezygnować ze świata; wszystkie są głupstwem w perspektywie śmierci.