Dziś na spacerze z psem, widząc, jak kręci się w kółko i węszy z niezwykłym podnieceniem, doznałem olśnienia. Zapewne przeskokowi iskry sprzyjało również przedwczorajsze (w wieczór newsa o śmierci Chestera) obejrzenie "Zapachu kobiety". Iskra była na tyle silna, że po powrocie do mieszkania i rozkulbaczeniu psa napisałem wiersz, pierwszy po prawie dwumiesięcznym okresie twórczej remisji.
Obserwując zwierzaka i jego miotanie się na lewo i prawo za zapachem, poczułem i zarazem pojąłem, jak to jest być niewidomym. Wonie muskają twój zmysł węchu jak unoszące się w pokoju nitki kociej sierści. Fruwają w powietrzu niby motyle czy ważki, albo nasiona dmuchawca; przelatują koło ciebie, skupiają się na chwilę, po czym rozpływają i nikną - a ty gonisz za nimi, próbując zinterpretować, aby móc stwierdzić, czym jest źródło zapachu oraz jakie jest jego położenie.
Jak ten pies.
Nie zrozumcie mnie źle: na pewno nie chciałbym stracić wzroku ani też nie bagatelizuję tragedii osób niewidomych, przeciwnie: współczuję im niezmiernie, sam, wręcz chorobliwie, kocham poić oczy pięknem świata. Ale dziś przyszło mi do głowy, że my widzący naprawdę wiele tracimy z otaczającej nas rzeczywistości. To tracenie jest naturalną koleją rzeczy: mając pewne zdolności (zmysły) prymarne i na nich opierając naszą percepcję, nie korzystamy zbytnio z sekundarnych. Z tym że gdybyśmy z jakiegoś powodu przestali widzieć, wątpliwe, czy potrafilibyśmy się cieszyć doznaniami, które dziś wydały mi się tak cudowne i godne spróbowania. Spróbowania - nawet jeśli sąsiedzi mieliby dziwnie patrzeć na dorosłego mężczyznę, który z zamkniętymi oczyma węszy, kręcąc się w kółko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz