Kocham proste życie. Rozpływam się, mogąc oglądać z moją Połówką (czy raczej Trzyczwartką) filmy, jeździć do galerii na zakupy, spacerować, wyprowadzać psa, odwiedzać rodzinę czy przyjaciół. Te momenty są piękne i wzruszające. Zwłaszcza że stosunkowo rzadkie.
Jednym z moich największych psychicznych rozdarć jest to między tęsknotą za życiem prostym i spokojnym - rodzina, dzieci, banalne zajęcia i marzenia co najwyżej o nowym aucie lub głośnikach - a potężnym popędem ku doskonałości i wielkim sprawom, którym muszę się oddawać. Jeśli praca, to przez wielkie P, jeśli nauka, to przez wielkie N, jeśli literatura, to przez wielkie L. Te ambicje owocują, ale owoce mają to do siebie, że nie zaspokajają zbytnio głodu. Po zrobieniu czegokolwiek muszę, nie oglądając się za siebie, przeć dalej. I na tym cierpi moja januszowa strona, bo sprowadzanie umysłu na ziemię przychodzi mi z trudem.
Stąd moja apoteoza prostoty. Myślę często o takim prostym życiu, o niezabieraniu roboty do domu, o nieprzejmowaniu się rzeczami z kosmosu, o byciu po prostu dobrym pracownikiem, mężem, ojcem, synem. Ciepło myślę o ludziach, którzy egzystują w ten sposób. Oczywiście mają swoje problemy, jak każdy, i zdaję sobie sprawę, że ich życie to nie Hobbiton, ptaszki i fajerwerki Gandalfa. Ale przyznaję: czuję dziwną, wzruszającą więź łączącą mnie z nimi. Jakbym nie do końca należał do świata nauki i sztuki, który tak mnie pochłonął. Może kiedy byłem zanurzany w źródle Hippokrene trzymano mnie za piętę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz