Tę
starowinkę znałem tylko z widzenia. Myślę zresztą, że większość ludzi z Lipowej
i okolic znała ją właśnie stąd. Trudno było jej nie widywać, jeśli mieszkało
się tutaj i korzystało ze śmietnika, w którym babina uwielbiała grzebać z
pilnością godną lepszej sprawy. Wystarczyło zresztą przejść się przez betonowy,
popękany, zalany słońcem plac parkingowy, będący jej prywatnym Jedwabnym
Szlakiem. Sunęła po nim jak widmo o szarych sznurowadłach włosów,
człapiąc laczkami, w jedną stronę z pustymi, z powrotem z pełnymi śmieci
rękoma. W odpadach jej uwagę przykuwały najrozmaitsze przedmioty, przy czym
wydawała się nie kierować żadnymi wytycznymi. Ot, brała, co wpadło jej w oko. Od
zdezelowanych krzeseł, brudnych i podartych narzut czy ubrań, po słoiki,
kartony, pręty, butelki, puszki, czasopisma.
Wielokrotnie
zastanawiałem się nad jej preferencjami. Szukałem w jej praktyce jakiegoś
systemu, czegoś, co powiedziałoby mi o niej coś więcej. Wiem, że miała dom, bo
znikała w drzwiach jednego z przyzwoitszych, ładniejszych bloków w okolicy.
Niektóre przedmioty wnosiła tam ze sobą, większość jednak składała pod krzakami
dzielącymi trawnik od parkingu. Z daleka wyglądało to jak obozowisko
bezdomnego. Ona zaś często doglądała tych śmieci, już to przemieszczając pewne
elementy, już to dorzucając do nich coś nowego. O czym
myślałem, obserwując nabożność, z jaką przyglądała się swojej kolekcji?
Myślałem o sobie dokonującym z mieszaniną dumy i krytykanctwa przeglądu
własnych tekstów. Myślałem o mojej matce, przechadzającej się po ogrodzie
pełnym kwiatów, krzewów i drzewek, które samodzielnie posadziła na przestrzeni
lat. O ojcu, z źdźbłem w zębach oceniającym swoje dojrzewające zboża. O bracie,
mówiącym o przepracowanych godzinach i zarobionych pieniądzach, czym zawsze mi imponował.
A
może jej oko było okiem artystki, starannie dobierającej kolory z dostępnej
palety barw, ostrożnie nanoszącej farby na płótno? Może okiem kobiety
szczególnie dbającej o prezencję, godzinami szukającej w Zarze ubrań dla niej
idealnych? Może okiem poety, odrzucającego metaforę za metaforą, by wreszcie
znaleźć tę najlepszą dla wyrażenia myśli?
Społeczność
Aleksandrowa po większości chyba zaakceptowała zwyczaje kolekcjonerki.
Widziałem ją nawet rozmawiającą z jakąś kobietą, co więcej, pewnego razu zagadnęła
przyjaźnie psa, którego wyprowadziłem na spacer, a który popędził za róg
śmietnika. Nie pamiętam, co mówiła, ale brzmiało to całkiem normalnie.
Oczywiście nie mam pojęcia, jak wyglądają jej stosunki z bliskimi sąsiadami.
Bardzo prawdopodobne, że nie w smak im działalność kobieciny. I trudno mieć do
nich pretensje, jeśli z mieszkania starszej pani dolatuje fetor albo istnieje
ryzyko rozplenienia się robactwa.
Od
zawsze dręczy mnie obawa o to, co w dalekiej przyszłości stanie się z domem
moich rodziców. Co stanie się z ogrodem mojej matki, z polami mojego ojca i
budynkami, które wzniósł własnymi ramionami i kręgosłupem. Co ze wspomnieniami
zaczarowanymi w tych miejscach. Martwi mnie to wszystko i boli. Niedawno doszło
do moich zmartwień jeszcze jedno. Co stanie się z rzeczami tej staruszki, kiedy
umrze? Czy na powrót staną się śmieciami, czy zostanie im odebrana tożsamość
nadana przez kobietę? Czy znów przestaną być ważne, przestaną się liczyć, jak
pluszaki zaległe w pokoju dojrzałego dziecka?
Przecież
nie poradzą sobie bez niej. Umrą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz