Wyobraźmy
sobie, że w pewnym miejscu na mapie, w ogromnej termitierze, jest sobie termit,
który nie do końca nadąża za społecznością. Który nawala w obowiązkach i źle
pełni powierzone mu funkcje. Którego towarzysze mają w dupie i marzą o tym,
żeby zniknął z ich idealnie ustrukturyzowanego życia. Który sam zaczyna w końcu
wierzyć, że to jedyne słuszne rozwiązanie.
I
ten termit się zabija. I reszta termitów urządza stypę. I kiwają smutno
szczękami, wzdychając: „To był dobry termit, bez wątpienia” – a potem rozchodzą się
do swoich zajęć. Ich myśli o zmarłym towarzyszu podążają jego śladem w
przeszłość bezpowrotnie.
Pytanie
zasadnicze, które się nasuwa, brzmi: dlaczego termit chcący uwolnić społeczność
od swojej toksycznej osoby odebrał sobie życie, zamiast wynieść się z nim poza
termitierę, w radosne pływy lukrowanych słońcem traw? W światło, powietrze
wolne od stęchłej wilgoci, wolność, wielki świat pełen innych istot, innych
społeczności, innych szans?
O
tym, że samobójstwo nie jest aktem odwagi, a wręcz przeciwnie – nie trzeba
nikogo przekonywać, bo to oczywiste, brutalne, ale oczywiste. Natomiast wymagającą olbrzymiej odwagi i
siły alternatywę stanowi autodestrukcja innego rodzaju. To zerwanie więzi, mocnej,
emocjonalno-rozumowej więzi z tym, co wprawiło nas w pragnienie śmierci. Z
najogólniejszego punktu widzenia przynosi to (lub nie) ten sam rezultat, co
zabicie się. Jedyna zasadnicza różnica jest taka, że kiedy decydujemy się na "wygnanie", nie zyskujemy aż tyle przebaczenia i wyrozumiałości ze strony społeczeństwa. Nie chroni naszego imienia
błękitna błonka, którą pokrywa się ono, gdy odkupujemy winy czy niepowodzenia życiem. O samobójcach zawsze myślimy cieplej. ("Myślimy", bo zakładam, że ludzie pozbawieni empatii nie zaglądają na mój blog, bo i nie mają po co, i tak niczego nie zrozumieją.)
Poddać
się i zabić, aby nie musieć już myśleć o tym, że się zawiodło innych i siebie, jest, zupełnie obiektywnie rzecz biorąc, łatwiej. Ale jaka z tego korzyść dla biedaka, który się poddał pod naporem złego? W ostatecznym rozrachunku liczy się
tylko życie, przetrwanie. Jeśli znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia myślisz o sznurze, wyjedź z miasta i rozejrzyj się szeroko, popatrz na rośliny, zwierzęta – i zrozum, że nie wszystko stracone, bo nadal możesz istnieć, jak one. Dopóki żyjesz, jest OK. Ciesz
się najmniejszym wrażeniem, jakie percypujesz; nie pozwól, by jakakolwiek
osoba (zwróć uwagę, że niektóre osoby w przeszłości uważane przez ciebie za najważniejsze
rozpłynęły się w czasie i prawdopodobnie myślisz o nich częściej niż one o
tobie) czy jakakolwiek troska złamała ci kark. Pamiętaj, że twoje bóle i smutki są w tobie, i nie warto dla nich rezygnować ze świata; wszystkie są głupstwem w
perspektywie śmierci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz