piątek, 31 marca 2017

O samobójstwie



Wyobraźmy sobie, że w pewnym miejscu na mapie, w ogromnej termitierze, jest sobie termit, który nie do końca nadąża za społecznością. Który nawala w obowiązkach i źle pełni powierzone mu funkcje. Którego towarzysze mają w dupie i marzą o tym, żeby zniknął z ich idealnie ustrukturyzowanego życia. Który sam zaczyna w końcu wierzyć, że to jedyne słuszne rozwiązanie.
I ten termit się zabija. I reszta termitów urządza stypę. I kiwają smutno szczękami, wzdychając: „To był dobry termit, bez wątpienia” – a potem rozchodzą się do swoich zajęć. Ich myśli o zmarłym towarzyszu podążają jego śladem w przeszłość bezpowrotnie.
Pytanie zasadnicze, które się nasuwa, brzmi: dlaczego termit chcący uwolnić społeczność od swojej toksycznej osoby odebrał sobie życie, zamiast wynieść się z nim poza termitierę, w radosne pływy lukrowanych słońcem traw? W światło, powietrze wolne od stęchłej wilgoci, wolność, wielki świat pełen innych istot, innych społeczności, innych szans?
O tym, że samobójstwo nie jest aktem odwagi, a wręcz przeciwnie – nie trzeba nikogo przekonywać, bo to oczywiste, brutalne, ale oczywiste. Natomiast wymagającą olbrzymiej odwagi i siły alternatywę stanowi autodestrukcja innego rodzaju. To zerwanie więzi, mocnej, emocjonalno-rozumowej więzi z tym, co wprawiło nas w pragnienie śmierci. Z najogólniejszego punktu widzenia przynosi to (lub nie) ten sam rezultat, co zabicie się. Jedyna zasadnicza różnica jest taka, że kiedy decydujemy się na "wygnanie", nie zyskujemy aż tyle przebaczenia i wyrozumiałości ze strony społeczeństwa. Nie chroni naszego imienia błękitna błonka, którą pokrywa się ono, gdy odkupujemy winy czy niepowodzenia życiem. O samobójcach zawsze myślimy cieplej. ("Myślimy", bo zakładam, że ludzie pozbawieni empatii nie zaglądają na mój blog, bo i nie mają po co, i tak niczego nie zrozumieją.)
Poddać się i zabić, aby nie musieć już myśleć o tym, że się zawiodło innych i siebie, jest, zupełnie obiektywnie rzecz biorąc, łatwiej. Ale jaka z tego korzyść dla biedaka, który się poddał pod naporem złego? W ostatecznym rozrachunku liczy się tylko życie, przetrwanie. Jeśli znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia myślisz o sznurze, wyjedź z miasta i rozejrzyj się szeroko, popatrz na rośliny, zwierzęta – i zrozum, że nie wszystko stracone, bo nadal możesz istnieć, jak one. Dopóki żyjesz, jest OK. Ciesz się najmniejszym wrażeniem, jakie percypujesz; nie pozwól, by jakakolwiek osoba (zwróć uwagę, że niektóre osoby w przeszłości uważane przez ciebie za najważniejsze rozpłynęły się w czasie i prawdopodobnie myślisz o nich częściej niż one o tobie) czy jakakolwiek troska złamała ci kark. Pamiętaj, że twoje bóle i smutki są w tobie, i nie warto dla nich rezygnować ze świata; wszystkie są głupstwem w perspektywie śmierci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz