Niektóre rzeczy są dla nas
oczywiste. Na przykład czas. Przyzwyczailiśmy się do niego
tak bardzo, że nawet mnie trudno jest uwierzyć w coraz silniej atakującą mnie
myśl, iż czas – w naszym rozumieniu, jako pewna ciągłość temporalna – nie istnieje.
Wyobrażam sobie, jak
obrzucacie mnie zegarkami, kalendarzami, wyliczacie w twarz godziny, dni i
lata, opowiadacie o chrzcie Polski i powstaniu warszawskim, które przecież nie
zdarzyły się w tym samym momencie… No dobrze.
Ale kto wymyślił godziny,
miesiące, lata? Człowiek. Przecież nie pytamy naszych psów o czas. Żaden
organizm na Ziemi nie dzieli tego, co machinalnie nazywamy czasem. Żaden – poza
nami, ludźmi.
Można to zobrazować w
następujący sposób: mamy przed sobą ścianę, gołą, pustą ścianę. I tylko tyle
możemy o niej powiedzieć; nie przychodzi nam do głowy, żeby tę ścianę dzielić i
nazywać poszczególne części. Ale co się stanie, jeśli wyłożymy ową ścianę
panelami? Otóż będziemy mogli liczyć równiutkie panele: pierwszą, drugą,
trzecią, czwartą… I kto od tej pory pomyśli o nagim, bezbarwnym, jednorodnym
kawale przestrzeni kryjącym się pod drewnem?
A przecież tak, jak był
ścianą, tak jest nią i teraz, z panelami włącznie, choć to one jako pierwsze
rzucają się w oczy, a w przeciwieństwie do tego, co pod nimi, są policzalne
(jako dziecko bawiłem się w ich liczenie). Tak jest w moim przekonaniu z
czasem: podzieliliśmy go precyzyjnie do bólu, ten podział rządzi nami, dyktuje
warunki, wpędza w rozpacz i uświadamia przemijanie – ale, porzucając bezsensowną
aksjologię, zastanówmy się lepiej: co tak naprawdę nazwaliśmy? Jeśli desygnat
„ściany” jest tak tajemniczy i nieokreślony, a pokryty czymkolwiek nadal
pozostaje ścianą, co kłębi się w najgłębszej warstwie semantycznej „czasu”, pod
zwałami sekund, minut, godzin, dni, miesięcy, kwartałów i lat?
Czy to możliwe, że „czas” jest
właściwie przestrzenią, a przeszłość i przyszłość to, z jakiegoś powodu
[najczęściej] niewidoczne dla nas, odcinki na tej samej drodze, którą toczy się
teraźniejszość? Niewidoczne dla nas… Ale przecież tak samo niewidoczne dla nas
jest wszystko, co dzieje się poza naszą percepcją. W każdym „momencie” widzimy
i słyszymy tylko okruch rzeczywistości. Nikt jednak, poza radykałami, nie kwestionuje
istnienia świata niezależnie od naszego horyzontu zmysłowego. Może więc „momenty”
minione i przyszłe także gdzieś tutaj istnieją, tyle tylko, że nie jesteśmy w
stanie ich zobaczyć, bo po prostu nas tam nie ma?
Powyższe myśli to tylko szkic.
Na pełne, głębokie do obłędu rozważania nie nadszedł jeszcze czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz