sobota, 22 lipca 2017

"Gdy niewidomy płacze..."

Dziś na spacerze z psem, widząc, jak kręci się w kółko i węszy z niezwykłym podnieceniem, doznałem olśnienia. Zapewne przeskokowi iskry sprzyjało również przedwczorajsze (w wieczór newsa o śmierci Chestera) obejrzenie "Zapachu kobiety". Iskra była na tyle silna, że po powrocie do mieszkania i rozkulbaczeniu psa napisałem wiersz, pierwszy po prawie dwumiesięcznym okresie twórczej remisji.
Obserwując zwierzaka i jego miotanie się na lewo i prawo za zapachem, poczułem i zarazem pojąłem, jak to jest być niewidomym. Wonie muskają twój zmysł węchu jak unoszące się w pokoju nitki kociej sierści. Fruwają w powietrzu niby motyle czy ważki, albo nasiona dmuchawca; przelatują koło ciebie, skupiają się na chwilę, po czym rozpływają i nikną - a ty gonisz za nimi, próbując zinterpretować, aby móc stwierdzić, czym jest źródło zapachu oraz jakie jest jego położenie.
Jak ten pies.
Nie zrozumcie mnie źle: na pewno nie chciałbym stracić wzroku ani też nie bagatelizuję tragedii osób niewidomych, przeciwnie: współczuję im niezmiernie, sam, wręcz chorobliwie, kocham poić oczy pięknem świata. Ale dziś przyszło mi do głowy, że my widzący naprawdę wiele tracimy z otaczającej nas rzeczywistości. To tracenie jest naturalną koleją rzeczy: mając pewne zdolności (zmysły) prymarne i na nich opierając naszą percepcję, nie korzystamy zbytnio z sekundarnych. Z tym że gdybyśmy z jakiegoś powodu przestali widzieć, wątpliwe, czy potrafilibyśmy się cieszyć doznaniami, które dziś wydały mi się tak cudowne i godne spróbowania. Spróbowania - nawet jeśli sąsiedzi mieliby dziwnie patrzeć na dorosłego mężczyznę, który z zamkniętymi oczyma węszy, kręcąc się w kółko.

poniedziałek, 3 lipca 2017

a dziwne marzenia goreją jak słońca

Po pokryciu twojej ulubionej drogi asfaltem już nigdy nie zagłębisz podeszwy w jej ciepłym, mącznym piasku. Już nigdy auta nie będą jeździć tędy tak wolno i cicho. Wszystko przyspieszy; nawet nie będziesz w stanie rozkoszować się pięknem horyzontów, skupiony na tym, żeby nie zostać rozjechanym.
A psy? Pół biedy, jeśli tylko szczekają na ciebie, gdy idziesz; najgorsze są te wieszane, czy może wieszające się, na tobie.
Nawet nie potrafisz podziwiać piękna iście Verlaine'owskich zachodów słońca, czy światła księżyca, który "smuci się", gdy "we łzach serafiny ze smyczkiem w palcach w oparach doliny cienistej snują z wiol nutę ściszoną". Świat niknie przed tobą w wielkiej, niedomytej cipie, w wargach sromowych wykrzywionych drwiąco.
A ty jesteś w stanie pukać tylko ten cholerny asfalt, w nadziei, że twoja droga jeszcze jest tam, słyszy.

środa, 24 maja 2017

W pogoni za chmielem



Argus porter mocny 0/10
Fasberg 0/10
VIP 0/10
Halne 1/10
Sarmackie Mocne 2/10
Van Horn 2/10
Fasberg Tequilla 2/10
Tyskie 3/10
Ciechan wyborne eksportowe 3/10
Żywiec 4/10
Żywiec Szampańskie 4/10
Tekiza 4/10
Okocim klasyczna pszenica 4/10
Stern 4/10
Okocim 5/10
Kasztelan 6/10
Grolsch 6/10
Carlsberg 6/10
Dębowe Mocne 6/10
Alcoholica 6/10
Żywiec APA 6/10
Perła Chmielowa 6/10
PILSTOLET 7/10
Okocim Mocne Dubeltowe 7/10
Leffe Royale 8/10
Żywiec porter 8/10
Okocim mistrzowski porter 8/10
Pedavena Birra Dolomiti Doppio Malto 8/10
Apollo 12 9/10

piątek, 14 kwietnia 2017

O sztuce słowa: manifest poetycki


Kompozytor ma do dyspozycji instrumenty i dźwięki.
Malarz – pędzle i farby.
Poeta – znaczenia i ich brzmienia.

Wybór znaczenia determinuje A) brzmienia w sensie makro i B) brzmienia w sensie mikro.
Ad. A) Np. poezja polityczno-propagandowa może, wyłączywszy rytm i rym dyktowane celem trafienia do mas, całkowicie ignorować makrobrzmienia lub postawić na ostrość, rwanie, skandowanie, podczas gdy poezja nastrojowa będzie operowała raczej łagodnymi tonami, melodyjnością, delikatnością fraz itp.
Ad. B) Chodzi o bardzo wysublimowany dobór słów ze względu na dźwiękowe walory. Należy przy tym pamiętać, że tradycyjny podział na sylaby jest w tym wypadku zwodniczy i niewystarczający, por. płomień : obrzęk; bezsenny : niezgodny, gdzie drugi z dwóch równozgłoskowych wyrazów nie płynie swobodnie jak pierwszy, ale jest poddawany swoistemu „hamowaniu pulsacyjnemu” – co wynika z rodzaju występujących w słowie głosek.

Oczywiście możliwa jest poezja, w której brzmienia grają rolę pierwszorzędną, a znaczenia – pomniejszą lub żadną. Desemantyzacja stwarza idealne warunki do muzyczności: jeśli nie krępuje nas sens, możemy radośnie łączyć podobnie brzmiące słowa, tworzyć neologizmy, rymować bez opamiętania etc. Taka poezja jest jednak zaprzeczeniem sztuki słowa, które składa się przecież z signifie (znaczenia) w nie mniejszym stopniu niż z signifiant (formalnego wykładnika znaczenia).
Wyobraźmy sobie maskę i twarz wyrazu jako dwie strony tej samej monety. Wyobraźmy sobie, że tą monetą rzucamy. Wyrzucamy orzeł-signifie – i mamy prozę nieartystyczną oraz pisma użytkowe. Wyrzucamy reszkę-signifiant – i otrzymujemy skrajny futuryzm, dadaizm, abstrakcjonizm.
Poezja jako sztuka słowa powinna zakręcić monetą tak, by orzeł i reszka stały się jednym w migocącym tańcu; żeby żaden lub prawie żaden element wiersza nie mógł zostać zastąpiony innym bez dysonansu estetycznego lub/i kognitywnego. Nie idzie tu wyłącznie o wyrazy, ale też o suprasegmenty w rodzaju intonacji, akcentuacji, długości fraz, pauz. Dlatego też poeta w akcie twórczym musi być napięty jak struna, wyczulony na najmniejsze drgania.



Jest jednak poważny problem. Słowa to mimo wszystko tylko etykietki. Rzeczywistość istnieje mimo języka, a nawet wbrew językowi.
Czy poezja mogłaby dotknąć istoty rzeczy, prześlizgując się między wyrazami, dekomponując ich znaczenia i komponując na nowo? Czy sztuka słowa powinna przeczyć sobie samej, aby zbliżyć się do Tajemnicy? Czy poeta naturalnie wychodzący od znaczeń i szukający dla nich brzmień nie startuje z przegranej pozycji – czym bowiem jest znaczenie, jeśli nie konwencją?
Ale jeśli słowo składa się z formy planu wyrażania i formy planu treści, to czy można mówić o mylącym i niewystarczalnym charakterze semantyki z pominięciem płaszczyzny brzmieniowej, także konwencjonalnej? Jeżeli dekomponować i rekomponować, to może jednocześnie znaczenia i ich formy, obie strony medalu? Tak, to wydaje się najwłaściwsze: burzyć skamieniałe znaczenia i poszukiwać nowych, po czym znaleźć dla nich oryginalne formy wyrazu, inne, celniejsze od użytych kiedykolwiek wcześniej.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Donnie Darko albo rozmyślania o czasie

Niektóre rzeczy są dla nas oczywiste. Na przykład czas. Przyzwyczailiśmy się do niego tak bardzo, że nawet mnie trudno jest uwierzyć w coraz silniej atakującą mnie myśl, iż czas – w naszym rozumieniu, jako pewna ciągłość temporalna – nie istnieje.
Wyobrażam sobie, jak obrzucacie mnie zegarkami, kalendarzami, wyliczacie w twarz godziny, dni i lata, opowiadacie o chrzcie Polski i powstaniu warszawskim, które przecież nie zdarzyły się w tym samym momencie… No dobrze.
Ale kto wymyślił godziny, miesiące, lata? Człowiek. Przecież nie pytamy naszych psów o czas. Żaden organizm na Ziemi nie dzieli tego, co machinalnie nazywamy czasem. Żaden – poza nami, ludźmi.
Można to zobrazować w następujący sposób: mamy przed sobą ścianę, gołą, pustą ścianę. I tylko tyle możemy o niej powiedzieć; nie przychodzi nam do głowy, żeby tę ścianę dzielić i nazywać poszczególne części. Ale co się stanie, jeśli wyłożymy ową ścianę panelami? Otóż będziemy mogli liczyć równiutkie panele: pierwszą, drugą, trzecią, czwartą… I kto od tej pory pomyśli o nagim, bezbarwnym, jednorodnym kawale przestrzeni kryjącym się pod drewnem?
A przecież tak, jak był ścianą, tak jest nią i teraz, z panelami włącznie, choć to one jako pierwsze rzucają się w oczy, a w przeciwieństwie do tego, co pod nimi, są policzalne (jako dziecko bawiłem się w ich liczenie). Tak jest w moim przekonaniu z czasem: podzieliliśmy go precyzyjnie do bólu, ten podział rządzi nami, dyktuje warunki, wpędza w rozpacz i uświadamia przemijanie – ale, porzucając bezsensowną aksjologię, zastanówmy się lepiej: co tak naprawdę nazwaliśmy? Jeśli desygnat „ściany” jest tak tajemniczy i nieokreślony, a pokryty czymkolwiek nadal pozostaje ścianą, co kłębi się w najgłębszej warstwie semantycznej „czasu”, pod zwałami sekund, minut, godzin, dni, miesięcy, kwartałów i lat?
Czy to możliwe, że „czas” jest właściwie przestrzenią, a przeszłość i przyszłość to, z jakiegoś powodu [najczęściej] niewidoczne dla nas, odcinki na tej samej drodze, którą toczy się teraźniejszość? Niewidoczne dla nas… Ale przecież tak samo niewidoczne dla nas jest wszystko, co dzieje się poza naszą percepcją. W każdym „momencie” widzimy i słyszymy tylko okruch rzeczywistości. Nikt jednak, poza radykałami, nie kwestionuje istnienia świata niezależnie od naszego horyzontu zmysłowego. Może więc „momenty” minione i przyszłe także gdzieś tutaj istnieją, tyle tylko, że nie jesteśmy w stanie ich zobaczyć, bo po prostu nas tam nie ma?

Powyższe myśli to tylko szkic. Na pełne, głębokie do obłędu rozważania nie nadszedł jeszcze czas.

piątek, 31 marca 2017

O samobójstwie



Wyobraźmy sobie, że w pewnym miejscu na mapie, w ogromnej termitierze, jest sobie termit, który nie do końca nadąża za społecznością. Który nawala w obowiązkach i źle pełni powierzone mu funkcje. Którego towarzysze mają w dupie i marzą o tym, żeby zniknął z ich idealnie ustrukturyzowanego życia. Który sam zaczyna w końcu wierzyć, że to jedyne słuszne rozwiązanie.
I ten termit się zabija. I reszta termitów urządza stypę. I kiwają smutno szczękami, wzdychając: „To był dobry termit, bez wątpienia” – a potem rozchodzą się do swoich zajęć. Ich myśli o zmarłym towarzyszu podążają jego śladem w przeszłość bezpowrotnie.
Pytanie zasadnicze, które się nasuwa, brzmi: dlaczego termit chcący uwolnić społeczność od swojej toksycznej osoby odebrał sobie życie, zamiast wynieść się z nim poza termitierę, w radosne pływy lukrowanych słońcem traw? W światło, powietrze wolne od stęchłej wilgoci, wolność, wielki świat pełen innych istot, innych społeczności, innych szans?
O tym, że samobójstwo nie jest aktem odwagi, a wręcz przeciwnie – nie trzeba nikogo przekonywać, bo to oczywiste, brutalne, ale oczywiste. Natomiast wymagającą olbrzymiej odwagi i siły alternatywę stanowi autodestrukcja innego rodzaju. To zerwanie więzi, mocnej, emocjonalno-rozumowej więzi z tym, co wprawiło nas w pragnienie śmierci. Z najogólniejszego punktu widzenia przynosi to (lub nie) ten sam rezultat, co zabicie się. Jedyna zasadnicza różnica jest taka, że kiedy decydujemy się na "wygnanie", nie zyskujemy aż tyle przebaczenia i wyrozumiałości ze strony społeczeństwa. Nie chroni naszego imienia błękitna błonka, którą pokrywa się ono, gdy odkupujemy winy czy niepowodzenia życiem. O samobójcach zawsze myślimy cieplej. ("Myślimy", bo zakładam, że ludzie pozbawieni empatii nie zaglądają na mój blog, bo i nie mają po co, i tak niczego nie zrozumieją.)
Poddać się i zabić, aby nie musieć już myśleć o tym, że się zawiodło innych i siebie, jest, zupełnie obiektywnie rzecz biorąc, łatwiej. Ale jaka z tego korzyść dla biedaka, który się poddał pod naporem złego? W ostatecznym rozrachunku liczy się tylko życie, przetrwanie. Jeśli znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia myślisz o sznurze, wyjedź z miasta i rozejrzyj się szeroko, popatrz na rośliny, zwierzęta – i zrozum, że nie wszystko stracone, bo nadal możesz istnieć, jak one. Dopóki żyjesz, jest OK. Ciesz się najmniejszym wrażeniem, jakie percypujesz; nie pozwól, by jakakolwiek osoba (zwróć uwagę, że niektóre osoby w przeszłości uważane przez ciebie za najważniejsze rozpłynęły się w czasie i prawdopodobnie myślisz o nich częściej niż one o tobie) czy jakakolwiek troska złamała ci kark. Pamiętaj, że twoje bóle i smutki są w tobie, i nie warto dla nich rezygnować ze świata; wszystkie są głupstwem w perspektywie śmierci.

środa, 22 marca 2017

Aneks do dyskusji o falsyfikacjonizmie i obiektywizacji wiedzy

Wczoraj po metodologii badań językoznawczych dyskutowaliśmy z Błażejem i Patrykiem na temat obiektywizacji wiedzy. Licząc na to, że wymienieni Koledzy wypowiedzą się w swoim imieniu i okraszą moją blogową niedziałalność choćby jednym komentarzem, nie będę referował Ich poglądów, natomiast pokrótce sformułuję własne, by ani ja, ani Koledzy nie mieli wątpliwości, co miałem na myśli (w werbalnej dyskusji łatwiej o nieporozumienia).
Jako zwolennik konstruktywizmu, może nawet konstruktywizmu radykalnego, nie wierzę ani trochę w termin "obiektywny", "zobiektywizowany" etc. Jak można zobiektywizować coś, co z natury rzeczy jest subiektywne? Wszelkie nasze próby opisania świata są wyłącznie myślowymi konstruktami; gdybyśmy przyłożyli do zjawisk inne miary, otrzymalibyśmy inne wyniki, inną naukę. Daleki jestem od twierdzenia niektórych, że każdy człowiek niejako żyje w matriksie i "śni" świat; u podstaw takiego twierdzenia dostrzegam błąd logiczny: jeśli każdy z nas śni ten świat, w tym również innych ludzi, to jak w ogóle można mówić o każdym? Jestem tylko ja i moja senna mara: nie da się zatem mówić o podmiotach śniących, bo każdy sen pozostaje w stosunku do innego w stosunku rozłącznym, nie przecinając go ani nawet nie dotykając. Więc albo zwolennicy self-matriksa mają rację i nie istnieją naprawdę, albo istnieją nie mając racji.
Ale wyszedłem od konstruktywizmu i pojęcia obiektywizacji: moim zdaniem NIE ISTNIEJE wiedza obiektywna. Co najwyżej mógłbym uznać, że wiedza obiektywna to nieszczęśliwy termin znaczący w istocie intersubiektywną dostępność i aprobatę. Jeżeli jakaś cząstka wiedzy ugruntowała się na tyle, że wszyscy traktują ją jako aksjomat i nie próbują negować, wiedza ta może być w powyższym sensie "obiektywna", jako w danym czasie i w danej kulturze oczywista, tak jak realność obiektów niewątpliwie istniejących w rzeczywistości pozajęzykowej. Inna rzecz, że nasze postrzeganie zarówno tych obiektów, jak i wiedzy, było, jest i będzie zawsze spętane językiem.
Ale w pełną obiektywizację wiedzy nie wierzę. Natomiast uważam, że obowiązkiem badacza jest dążenie właśnie do obiektywizacji: do takiego hartowania teorii w ogniu krytyki, by stała się odporna na wszelkie kontrargumenty. Badacz, który nie wierzy w prawdziwość tego, co stara się udowodnić, i który w celu zastąpienia wiary pewnością nie szuka dziur w całym lub nie dziurawi na próbę, nie jest godzien miana badacza. Albo uprawiamy naukę, siłą rzeczy przeznaczoną dla ludzi i łaknącą ich aprobaty, albo zamknięci w naszym pokoiku bawimy się w mrzonki i pamiętnikarstwo.