Skąd biorą się hamulce, które powstrzymują nas przed tym
wszystkim, co określa się jako złe, niegodziwe, godne pożałowania?
Kiedy mówi się o ludzkim instynkcie samozachowawczym, zwykle
myśli się o jego biologicznej stronie, o instynkcie typowym dla wszystkich
zwierząt. Ten instynkt w człowieku musiał jednak zmienić się w
ciągu tysięcy lat ewolucji.
Bodziec tej zmiany widzę w prawie. Rozumianym szeroko – nie tylko
jako prawo wyłożone eksplicytnie. Ale skupmy się na takim. W czasach Hammurabiego
syn podnoszący rękę na ojca straciłby ją; dziś kajdan spocząłby już prędzej na
przegubie rodzica, który ośmieliłby się dać klapsa dziecku. Jeszcze niedawno klapsy
były czymś względnie normalnym i – według niektórych świadectw dorosłych
wyrosłych na klapsach – skutecznym. Obecnie rodzic bałby się wymierzyć dziecku
taką karę, by samemu nie zostać ukaranym. Na sumienia [o tym, czym
jest owo sumienie, innym razem] działa też niewątpliwie nazywanie klapsów biciem i określanie niezastąpionym epitetem „złe”.
Albo dlaczego nie pijemy na umór i nie ćpiemy do zdechu? Co nas powstrzymuje? Otóż wystarczy przejść się po mieście i popatrzeć
na żebrzących o kilka groszy alkoholików; widok taki, prócz
tego, że łamie serce, w większości przypadków ma też podprogowe działanie
perswazyjne, tak jak negatywne sądy niektórych osób na temat pijaków,
narkomanów etc. To wszystko sprawia, że najczęściej postanawiamy nie skończyć w
taki sposób. I, lekko przestraszeni, posłusznie
wracamy do klatki konwencji.
Tak więc widzę dwie możliwości: 1) hamuje nas czysto
zwierzęcy instynkt samozachowawczy ORAZ społeczne konwencje, nakazy i zakazy,
albo 2) to drugie stanowi aktualizację pierwszego programu. [O tym, jakie
konsekwencje niesie taki stan rzeczy, innym razem].
Powyższy wniosek jest o tyle wartościowy, iż przecina nudny spór o to, czy ludzie są bardziej ludzcy, czy bardziej nieludzcy od
zwierząt sensu stricto [operuję
starą, naiwną opozycją ludzi i zwierząt wyłącznie w celach praktycznych].
Zwierząt po prostu nie obowiązują nasze normy, którym mogłyby się one wyrwać,
którym mogłyby się przeciwstawić. I nie transponujemy naszych norm na ich świat,
np. nie domagamy się od lisa, żeby zostawił kury w spokoju, ponieważ jest to
„złe” = niezgodne z prawem/obyczajem [bo to jedyna słuszna definicja zła].
Ale niech no państwo lub inna wpływowa, szanowana instytucja
wyznaczy nagrodę za moją głowę w dosłownym znaczeniu tych słów – a nie
wątpię, że znajdą się chętni, i to chętni, którzy przedtem nigdy nie
pomyśleliby o zabiciu innego człowieka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz