Wyobraziłem sobie dzisiaj nagły koniec planety jaką znamy. Wielkie pustkowia pozbawione wszystkiego, co jest dla nas od zawsze obecne, nazwane i oczywiste, a co składa się na tzw. cywilizację. I nagich ludzi snujących się jak diplodoki szukające wodopoju u mety zagłady.
Pomyślałem o językach świata, które powoli wymierałyby przed
śmiercią ludzkości. Z pokolenia na pokolenie rozmawialibyśmy coraz mniej i
mniej, bo nie byłoby o czym. Nie uczylibyśmy naszych dzieci wyrazów
pozbawionych desygnatów. Słowa znikałyby jak pamięć o zmarłych, zabierana do
grobu przez tych, którzy jeszcze ją w sobie przechowują.
Wreszcie w sflaczałym bukłaku mózgu ostałoby się zaledwie kilka haseł, używanych rzadko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz