wtorek, 19 września 2017

Rzeczy. O pewnej kobiecie z AK



Tę starowinkę znałem tylko z widzenia. Myślę zresztą, że większość ludzi z Lipowej i okolic znała ją właśnie stąd. Trudno było jej nie widywać, jeśli mieszkało się tutaj i korzystało ze śmietnika, w którym babina uwielbiała grzebać z pilnością godną lepszej sprawy. Wystarczyło zresztą przejść się przez betonowy, popękany, zalany słońcem plac parkingowy, będący jej prywatnym Jedwabnym Szlakiem. Sunęła po nim jak widmo o szarych sznurowadłach włosów, człapiąc laczkami, w jedną stronę z pustymi, z powrotem z pełnymi śmieci rękoma. W odpadach jej uwagę przykuwały najrozmaitsze przedmioty, przy czym wydawała się nie kierować żadnymi wytycznymi. Ot, brała, co wpadło jej w oko. Od zdezelowanych krzeseł, brudnych i podartych narzut czy ubrań, po słoiki, kartony, pręty, butelki, puszki, czasopisma.
Wielokrotnie zastanawiałem się nad jej preferencjami. Szukałem w jej praktyce jakiegoś systemu, czegoś, co powiedziałoby mi o niej coś więcej. Wiem, że miała dom, bo znikała w drzwiach jednego z przyzwoitszych, ładniejszych bloków w okolicy. Niektóre przedmioty wnosiła tam ze sobą, większość jednak składała pod krzakami dzielącymi trawnik od parkingu. Z daleka wyglądało to jak obozowisko bezdomnego. Ona zaś często doglądała tych śmieci, już to przemieszczając pewne elementy, już to dorzucając do nich coś nowego. O czym myślałem, obserwując nabożność, z jaką przyglądała się swojej kolekcji? Myślałem o sobie dokonującym z mieszaniną dumy i krytykanctwa przeglądu własnych tekstów. Myślałem o mojej matce, przechadzającej się po ogrodzie pełnym kwiatów, krzewów i drzewek, które samodzielnie posadziła na przestrzeni lat. O ojcu, z źdźbłem w zębach oceniającym swoje dojrzewające zboża. O bracie, mówiącym o przepracowanych godzinach i zarobionych pieniądzach, czym zawsze mi imponował.
A może jej oko było okiem artystki, starannie dobierającej kolory z dostępnej palety barw, ostrożnie nanoszącej farby na płótno? Może okiem kobiety szczególnie dbającej o prezencję, godzinami szukającej w Zarze ubrań dla niej idealnych? Może okiem poety, odrzucającego metaforę za metaforą, by wreszcie znaleźć tę najlepszą dla wyrażenia myśli?
Społeczność Aleksandrowa po większości chyba zaakceptowała zwyczaje kolekcjonerki. Widziałem ją nawet rozmawiającą z jakąś kobietą, co więcej, pewnego razu zagadnęła przyjaźnie psa, którego wyprowadziłem na spacer, a który popędził za róg śmietnika. Nie pamiętam, co mówiła, ale brzmiało to całkiem normalnie. Oczywiście nie mam pojęcia, jak wyglądają jej stosunki z bliskimi sąsiadami. Bardzo prawdopodobne, że nie w smak im działalność kobieciny. I trudno mieć do nich pretensje, jeśli z mieszkania starszej pani dolatuje fetor albo istnieje ryzyko rozplenienia się robactwa.
Od zawsze dręczy mnie obawa o to, co w dalekiej przyszłości stanie się z domem moich rodziców. Co stanie się z ogrodem mojej matki, z polami mojego ojca i budynkami, które wzniósł własnymi ramionami i kręgosłupem. Co ze wspomnieniami zaczarowanymi w tych miejscach. Martwi mnie to wszystko i boli. Niedawno doszło do moich zmartwień jeszcze jedno. Co stanie się z rzeczami tej staruszki, kiedy umrze? Czy na powrót staną się śmieciami, czy zostanie im odebrana tożsamość nadana przez kobietę? Czy znów przestaną być ważne, przestaną się liczyć, jak pluszaki zaległe w pokoju dojrzałego dziecka?
Przecież nie poradzą sobie bez niej. Umrą.