piątek, 14 kwietnia 2017

O sztuce słowa: manifest poetycki


Kompozytor ma do dyspozycji instrumenty i dźwięki.
Malarz – pędzle i farby.
Poeta – znaczenia i ich brzmienia.

Wybór znaczenia determinuje A) brzmienia w sensie makro i B) brzmienia w sensie mikro.
Ad. A) Np. poezja polityczno-propagandowa może, wyłączywszy rytm i rym dyktowane celem trafienia do mas, całkowicie ignorować makrobrzmienia lub postawić na ostrość, rwanie, skandowanie, podczas gdy poezja nastrojowa będzie operowała raczej łagodnymi tonami, melodyjnością, delikatnością fraz itp.
Ad. B) Chodzi o bardzo wysublimowany dobór słów ze względu na dźwiękowe walory. Należy przy tym pamiętać, że tradycyjny podział na sylaby jest w tym wypadku zwodniczy i niewystarczający, por. płomień : obrzęk; bezsenny : niezgodny, gdzie drugi z dwóch równozgłoskowych wyrazów nie płynie swobodnie jak pierwszy, ale jest poddawany swoistemu „hamowaniu pulsacyjnemu” – co wynika z rodzaju występujących w słowie głosek.

Oczywiście możliwa jest poezja, w której brzmienia grają rolę pierwszorzędną, a znaczenia – pomniejszą lub żadną. Desemantyzacja stwarza idealne warunki do muzyczności: jeśli nie krępuje nas sens, możemy radośnie łączyć podobnie brzmiące słowa, tworzyć neologizmy, rymować bez opamiętania etc. Taka poezja jest jednak zaprzeczeniem sztuki słowa, które składa się przecież z signifie (znaczenia) w nie mniejszym stopniu niż z signifiant (formalnego wykładnika znaczenia).
Wyobraźmy sobie maskę i twarz wyrazu jako dwie strony tej samej monety. Wyobraźmy sobie, że tą monetą rzucamy. Wyrzucamy orzeł-signifie – i mamy prozę nieartystyczną oraz pisma użytkowe. Wyrzucamy reszkę-signifiant – i otrzymujemy skrajny futuryzm, dadaizm, abstrakcjonizm.
Poezja jako sztuka słowa powinna zakręcić monetą tak, by orzeł i reszka stały się jednym w migocącym tańcu; żeby żaden lub prawie żaden element wiersza nie mógł zostać zastąpiony innym bez dysonansu estetycznego lub/i kognitywnego. Nie idzie tu wyłącznie o wyrazy, ale też o suprasegmenty w rodzaju intonacji, akcentuacji, długości fraz, pauz. Dlatego też poeta w akcie twórczym musi być napięty jak struna, wyczulony na najmniejsze drgania.



Jest jednak poważny problem. Słowa to mimo wszystko tylko etykietki. Rzeczywistość istnieje mimo języka, a nawet wbrew językowi.
Czy poezja mogłaby dotknąć istoty rzeczy, prześlizgując się między wyrazami, dekomponując ich znaczenia i komponując na nowo? Czy sztuka słowa powinna przeczyć sobie samej, aby zbliżyć się do Tajemnicy? Czy poeta naturalnie wychodzący od znaczeń i szukający dla nich brzmień nie startuje z przegranej pozycji – czym bowiem jest znaczenie, jeśli nie konwencją?
Ale jeśli słowo składa się z formy planu wyrażania i formy planu treści, to czy można mówić o mylącym i niewystarczalnym charakterze semantyki z pominięciem płaszczyzny brzmieniowej, także konwencjonalnej? Jeżeli dekomponować i rekomponować, to może jednocześnie znaczenia i ich formy, obie strony medalu? Tak, to wydaje się najwłaściwsze: burzyć skamieniałe znaczenia i poszukiwać nowych, po czym znaleźć dla nich oryginalne formy wyrazu, inne, celniejsze od użytych kiedykolwiek wcześniej.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Donnie Darko albo rozmyślania o czasie

Niektóre rzeczy są dla nas oczywiste. Na przykład czas. Przyzwyczailiśmy się do niego tak bardzo, że nawet mnie trudno jest uwierzyć w coraz silniej atakującą mnie myśl, iż czas – w naszym rozumieniu, jako pewna ciągłość temporalna – nie istnieje.
Wyobrażam sobie, jak obrzucacie mnie zegarkami, kalendarzami, wyliczacie w twarz godziny, dni i lata, opowiadacie o chrzcie Polski i powstaniu warszawskim, które przecież nie zdarzyły się w tym samym momencie… No dobrze.
Ale kto wymyślił godziny, miesiące, lata? Człowiek. Przecież nie pytamy naszych psów o czas. Żaden organizm na Ziemi nie dzieli tego, co machinalnie nazywamy czasem. Żaden – poza nami, ludźmi.
Można to zobrazować w następujący sposób: mamy przed sobą ścianę, gołą, pustą ścianę. I tylko tyle możemy o niej powiedzieć; nie przychodzi nam do głowy, żeby tę ścianę dzielić i nazywać poszczególne części. Ale co się stanie, jeśli wyłożymy ową ścianę panelami? Otóż będziemy mogli liczyć równiutkie panele: pierwszą, drugą, trzecią, czwartą… I kto od tej pory pomyśli o nagim, bezbarwnym, jednorodnym kawale przestrzeni kryjącym się pod drewnem?
A przecież tak, jak był ścianą, tak jest nią i teraz, z panelami włącznie, choć to one jako pierwsze rzucają się w oczy, a w przeciwieństwie do tego, co pod nimi, są policzalne (jako dziecko bawiłem się w ich liczenie). Tak jest w moim przekonaniu z czasem: podzieliliśmy go precyzyjnie do bólu, ten podział rządzi nami, dyktuje warunki, wpędza w rozpacz i uświadamia przemijanie – ale, porzucając bezsensowną aksjologię, zastanówmy się lepiej: co tak naprawdę nazwaliśmy? Jeśli desygnat „ściany” jest tak tajemniczy i nieokreślony, a pokryty czymkolwiek nadal pozostaje ścianą, co kłębi się w najgłębszej warstwie semantycznej „czasu”, pod zwałami sekund, minut, godzin, dni, miesięcy, kwartałów i lat?
Czy to możliwe, że „czas” jest właściwie przestrzenią, a przeszłość i przyszłość to, z jakiegoś powodu [najczęściej] niewidoczne dla nas, odcinki na tej samej drodze, którą toczy się teraźniejszość? Niewidoczne dla nas… Ale przecież tak samo niewidoczne dla nas jest wszystko, co dzieje się poza naszą percepcją. W każdym „momencie” widzimy i słyszymy tylko okruch rzeczywistości. Nikt jednak, poza radykałami, nie kwestionuje istnienia świata niezależnie od naszego horyzontu zmysłowego. Może więc „momenty” minione i przyszłe także gdzieś tutaj istnieją, tyle tylko, że nie jesteśmy w stanie ich zobaczyć, bo po prostu nas tam nie ma?

Powyższe myśli to tylko szkic. Na pełne, głębokie do obłędu rozważania nie nadszedł jeszcze czas.