Zwykliśmy myśleć o przestrzeni i czasie jako dwóch w gruncie rzeczy odrębnych zjawiskach. Jeśli przestrzeń wyobrażamy sobie jako pewną daną płaszczyznę, to czas zazwyczaj obrazujemy za pomocą linii, co ma przedstawiać ciągłość temporalną.
O tym, że tkwimy po uszy w pojęciach i mylnych sądach, już mówiłem. Może jest tak i w tym wypadku?
Możemy równie dobrze przedstawić sobie przestrzeń jako linię, po której się poruszamy. Linia rozciąga się nad przepaścią, w której nic nie ma, a my balansujemy wysoko na cienkich promieniach naszych zmysłów. Istnienie byłoby więc domeną wyłącznie epistemologii, nie zaś ontologii. Czy budziliście się kiedyś ze snu obolali? A widzenie lub odczuwanie zjawisk, osób, rzeczy, których nie dostrzegają inni? Zmysły pozwalają się oszukiwać. Może są oszukiwane nieustannie, a to, co mienimy rzeczywistością, wcale nie stanowi rzeczy-w-istości?
Ale to pogląd radykalny, negujący istnienie świata. Moim zdaniem świat jednak istnieje, istnieję ja, inni ludzie, surykatki, piołun, grzmot.
Chciałem powiedzieć o czymś innym. Wyobraźmy sobie, że przestrzeń jest istotnie płaszczyzną. Niech będzie to rozlane w eterze koło, albo kwadrat, kto co woli.
Gdzie w tej wizji jest miejsce dla czasu? "Czas" nie jest żadną linią, żadną taśmą. "Czas" jest grubym mchem od spodu i refleksem świetlnym w górę. "Czas" jest zrośnięty z płaszczyzną, każdy element przestrzeni dźwiga ciężar minionego i tego, co ma nadejść. "Czas" jest więc w istocie niczym innym, jak przestrzenią, jej przedłużeniem. To, co było, nie istnieje tylko w naszej pamięci: żyje i porusza się, tyle że z dala od ludzkiej percepcji, tak jak z dala od naszej zwykłej percepcji są dżdżownice ryjące ziemię pod naszymi stopami i efekty kosmiczne nad naszymi głowami.
To wyjaśniałoby szereg zjawisk natury paranormalnej, relacje o duchach, pterodaktylach i flesze z przyszłości.